(...) Ale sztorm na dworze wzmagał się i około pierwszej po
północy szybkość wiatru doszła do czterdziestu sześciu metrów na
sekundę.
A mniej więcej o drugiej zwalił się komin na dachu. Połowa spadła
na ziemię koło domu, reszta zjechała na palenisko w kuchni. Przez
dziurę w dachu widać było ciemne nocne niebo, po którym sunęły wielkie
chmury. Potem sztormowy wiatr wleciał do domu i nie było już widać
nic poza fruwającym popiołem, łopoczącymi dziko firankami i obrusami
oraz fotografiami ciotek i wujów, wirującymi w powietrzu. W ukochane
przedmioty Filifionki jak gdyby nagle wstąpiło życie, wszystko wokół
skrzypiało, szeleściło i dzwoniło, drzwi zamykały się z łoskotem,
a obrazy zjeżdżały na podłogę.
Oślepiona i bliska obłędu Filifionka stała na środku salonu w trzepoczącej
spódnicy i myślała:
"To jest właśnie to. To już koniec. Nareszcie! Teraz już nie
będę musiała dłużej czekać".
Podniosła słuchawkę, żeby zadzwonić do Gapsy i powiedzieć jej...
tak, powiedzieć coś, co by zdruzgotało Gapsę raz na zawsze. Chłodno
i triumfująco. Ale przewód telefoniczny był zerwany.
Filifionka słyszała tylko sztorm i odgłos sypiących się dachówek.
"Jeżeli pójdę na strych, to może się zdarzyć, że dach zostanie
zdmuchnięty - pomyślała. - A jeśli zejdę do piwnicy, to cały dom
może się na mnie zawalić. W każdym razie wszystko to może się stać".
Chwyciła porcelanowego kotka i przycisnęła go mocno do siebie. Wtem
wicher otworzył okno i szkło posypało się na podłogę. Ulewa uderzyła
w mahoniowe meble, a piękny Paszczak z gipsu rzucił się ze swojego
postumentu i rozleciał na kawałki.
Szklany żyrandol babci z potwornym trzaskiem rąbnął o podłogę. Słuchając,
jak jej rzeczy żalą się i krzyczą, Filifionka zobaczyła w roztrzaskanym
lustrze fragment swojego własnego pobladłego pyszczka i nie zastanawiając
się podbiegła do okna i wyskoczyła.
Stwierdziła, że siedzi na piasku. Czuła na twarzy ciepły deszcz,
a sukienka wzdymała się wokół niej i trzepotała jak żagiel.
Mocno zacisnęła powieki. Wiedziała, że znajduje się w samym środku
niebezpieczeństwa, zupełnie bezradna.
Burza dudniła dalej, spokojnie i statecznie. Ale wszystkie niepokojące
dźwięki zniknęły, wszystkie wycia, trzaskania, rozsypywanie się
na kawałki, spadanie z hukiem i rozdzieranie się. Niebezpieczeństwo
było więc wewnątrz domu, a nie na zewnątrz.
Filifionka ostrożnie wciągnęła cierpki zapach morskich wodorostów
i otworzyła oczy.
Ciemność nie miała już tej gęstości jak tam, w salonie.
Widziała morską kipiel i pasmo światła latarni przesuwające się
wolno wśród nocy: mijało ją półkolem, wędrowało przez piaszczyste
wydmy, gubiło się hen na horyzoncie i znowu wracało. Dokoła i dokoła
chodziło to spokojne światło, nie spuszczając oka z burzy.
,,Nigdy jeszcze nie byłam na dworze sama w nocy - stwierdziła Filifionka.
- Gdyby tak mama wiedziała..."
Zaczęła pełznąć pod wiatr, w dół ku brzegowi, aby jak najdalej odejść
od domu Paszczaka. Kotka z porcelany wciąż jeszcze trzymała w łapce,
uspokajała ją myśl, że ma coś, co ją chroni. Spostrzegła, iż morze
było teraz całe biało-granatowe. Grzebienie fal pędziły na wprost
i niosło je jak dym na plażę. Ten dym miał smak soli.
Za nią, z tyłu, roztrzaskało się coś wewnątrz domu. Ale nie odwróciła
głowy. Skuliła się pod wielkim głazem i szeroko otwartymi oczyma
patrzyła prosto w noc. Już nie marzła. Najdziwniejsze zaś było to,
że nagle poczuła się zupełnie bezpieczna. Było to bardzo szczególne
uczucie i Filifionka uznała, że jest nadzwyczaj przyjemne. Bo właściwie
dlaczego miałaby się niepokoić? Katastrofa przecież nareszcie przyszła.
Nad ranem sztorm się uciszył, lecz Filifionka niemal tego nie zauważyła.
Siedziała, rozmyślając o sobie i swoich katastrofach, i swoich meblach,
i zastanawiała się, jak doprowadzić wszystko do ładu. Właściwie
nie stało się nic poza tym, że komin się zwalił.
Czuła jednak, że nic bardziej ważnego nie wydarzyło się jej dotąd
w życiu. Nic, co by do tego stopnia przewróciło wszystko do góry
nogami. Nie wiedziała, co powinna zrobić, aby znowu stać się sobą.
Sądziła nawet, że dawnej Filifionki już nie ma, i nie była pewna,
czy chce, żeby tamta wróciła. A co z tym wszystkim, co było własnością
dawnej Filifionki? Z tym, co się połamało, zakopciło, rozpadło i
zamokło? Ach, siedzieć i naprawiać teraz tydzień po tygodniu, kleić,
cerować, szukać brakujących części...
Prać i prasować, odmalowywać i martwić się, że nie wszystko można
przywrócić do dawnego wyglądu, i zawsze wiedzieć, w każdym razie,
że pęknięcia zostały i że wszystko przedtem było o wiele ładniejsze...
O nie! A potem ustawić całe to nieszczęście w ten sam sposób, w
jaki było ustawione w tych ciemnych, ponurych pokojach, i dalej
łudzić się, że są przytulne...
- Nie! Nie zrobię tego! - krzyknęła Filifionka prostując zesztywniałe
nogi. - Jeżeli zacznę to wszystko porządkować, żeby wyglądało jak
przedtem, to i sama stanę się taka jak przedtem, znowu będę się
bała... Czuję to. I znowu będą się czaić za mną cyklony, tajfuny...
Spojrzała na dom Paszczaka. Stał.
Wszystko, co uległo zniszczeniu, było wewnątrz domu, leżało tam
i czekało, aby się tym zajęła.
Żadna prawdziwa Filifionka nigdy nie zostawiła swoich pięknych odziedziczonych
mebli na pastwę losu...
- Mama powiedziałaby, że jest coś, co nazywa się obowiązkiem - mruknęła
do siebie Filifionka.
Był już ranek. Wschodni horyzont czekał na słońce. Nad morzem polatywały
płochliwe wietrzyki, a niebo zasypane było chmurami, które sztorm,
zapominając o nich, zostawił po sobie. Przetoczyło się kilka słabych
grzmotów. Pogoda była niespokojna, a fale nie wiedziały, dokąd chcą
płynąć.
Filifionka zawahała się. Wtedy ujrzała trąbę powietrzną. Nie była
wcale podobna do tej z wyobraźni Filifionki - do czarnego, lśniącego
słupa wody. Ta była prawdziwa, jasna, utworzona z wirujących białych
chmur, które skręciły się ku dołowi w olbrzymią spiralę kredowobiałą
tam, gdzie woda uniosła się z morza na jej spotkanie.
Nie wyła i nie ciskała się. Była zupełnie cicha, zbliżała się powoli
do brzegu kołysząc się łagodnie. Teraz zaróżowiła się w świetle
wschodzącego słońca.
Ta trąba była nieskończenie wysoka, obracała się bezgłośnie wokół
siebie samej i zbliżała się coraz bardziej i bardziej...
Filifionka stała bez ruchu, zupełnie bez ruchu, ściskając porcelanowego
kotka i myśląc: "O, ty moja piękna, moja wspaniała katastrofo..."
Trąba sunęła już nad plażą, całkiem niedaleko od Filifionki. Biały,
majestatyczny słup minął ją, zamieniony teraz w słup piasku, i bardzo
spokojnie uniósł dach domu Paszczaka. Filifionka zobaczyła, jak
dach jedzie w górę i znika. Potem zawirowały w powietrzu meble i
też zniknęły. Zobaczyła wszystkie swoje bibeloty lecące wprost do
nieba, serwetki na tacę i rodzinne zdjęcia, kapturki na imbryk do
herbaty i babciny dzbanuszek na śmietanę w kształcie łodzi, i wyszywane
srebrem i jedwabiem przysłowia, wszystko, wszystko, wszystko! -
i myślała zachwycona: "O, jak wspaniale! Cóż ja poradzę, biedna,
mała Filifionka, przeciwko wielkim siłom przyrody? Czy po czymś
takim cokolwiek jeszcze będzie można zreperować? Nie! Nic! Wszystko
jest wysprzątane! I wymiecione!"
Trąba wędrowała uroczyście nad polami i Filifionka zobaczyła, jak
zwęża się, pęka i rozprasza. Była już niepotrzebna.
Filifionka odetchnęła głęboko.
- Teraz nigdy już nie będę się bała - powiedziała sobie. - Teraz
jestem zupełnie wolna. Teraz mam chęć na wszystko.
Postawiła kotka na kamieniu. Miał obtłuczone jedno ucho i olej na
mordce. Nadawało mu to nowy wyraz, wyglądał nieco przekornie i zawadiacko.
Słońce podnosiło się. Filifionka zeszła na wilgotny piasek i dostrzegła
na nim swój szmaciany chodnik. Sztorm przybrał go wodorostami i
muszelkami i żaden szmaciany chodnik na świecie nie był nigdy tak
dobrze uprany. Filifionka zachichotała. Wzięła chodnik w obie łapki
i wciągnęła go za sobą do wody. Dała nurka w wielką, zieloną falę,
usiadła na chodniku i jechała na nim w perlistej pianie, znowu dała
nurka i znowu - aż do samego dna.
Ogromne fale jedna po drugiej przetaczały się nad nią, przezroczyście
zielone. Potem Filifionka wybiła się na powierzchnię wody i na słońce
i pluła, i śmiała się, pokrzykiwała i tańczyła ze swoim chodnikiem
w morzu.
Jeszcze nigdy w życiu nie było jej tak wesoło.
Gapsa wołała do niej dość długo, zanim Filifionka ją usłyszała.
- Co za okropność! - krzyczała Gapsa. - Kochana, biedna pani Filifionka!
- Dzień dobry! - odpowiedziała Filifionka, wyciągając chodnik na
brzeg. - Jak się pani miewa?
- Wychodzę z siebie! - wybuchnęła Gapsa. - Co za noc! Myślałam tylko
o pani, cały czas! Widziałam ją! Widziałam ją, jak szła! To przecież
czysta katastrofa!
- Jak to? - spytała niewinnie Filifionka.
- Miała pani rację, ach, i to jaką rację - żaliła się Gapsa. - Mówiła
pani przecież, że będzie katastrofa. Pomyśleć tylko, te wszystkie
pani piękne rzeczy! I ten piękny pani dom! Całą noc usiłowałam dodzwonić
się do pani, taka byłam niespokojna, ale przewody pozrywało...
- To miło z pani strony - powiedziała Filifionka wyżymając wodę
ze swojej czapki. - Ale to doprawdy zupełnie niepotrzebne. Jeżeli
ktoś ma zmartwienie, powinien tylko dolać trochę octu do płukania,
a szmaciane chodniki nie stracą koloru!
I Filifionka usiadła na piasku, i śmiała się, i śmiała aż do łez.