|
Kamienne pole
- tytuł oryginału szwedzkiego: Stenakern Copyright
by Tove Jansson 1984. Copyright for the Polish translation by Teresa
Chłapowska. Copyright for the Polish edition by Młodzieżowa Agencja
Wydawnicza 1989.
Zdecydowałem sie na dołączenie informacji o tej książce,
bo jest bardzo dobrą powieścią (opowiadaniem właściwie, bo liczy tylko
70 stron). Z opowieściami o Muminkach łączy ją osoba autorki. Czy
to wiele, czy też nie? Ten sam język (bardzo dobry przekład Teresy
Chłapowskiej, która tłumaczyła Muminki), to samo otoczenie fińskiego
wybrzeża, ten sam klimat i krajobrazy, ta sama poetyka. Troszkę inne,
"poważniejsze" problemy. Inne postacie, inne sytuacje. Radzę
przeczytać. Miłośnikom Tove Jannson z pewnością się spodoba.
(...) - Nie, nie wiem do końca, nie jestem pewien.
Jeszcze tylko jedno, jak to było z tą narzutą na łóżko?
- Z narzutą?
- Tak, tą koronkową w sypialni.
- Że też pamiętasz - zaśmiała się Karin. - To było istne przedstawienie.
Niezbyt zabawne.
- Co ja powiedziałem? Co ja jej powiedziałem?
- Mamie? Powiedziałeś, że ośmiesza się, że nikogo nie obchodzi, kim
była jej babka i tak dalej, i tak dalej. Ale ja teraz pójdę trochę
odpocząć. Ta whisky nie jest zła, już prawie nie boli.
- W drzwiach powiedziała: - Wracamy jutro do miasta, o ile nie zapomniałeś.
Gdy poszła, Jonasz uznał za oczywiste, że musi zniszczyć wszystko,
co napisał o Igreku, i to co prawdziwe, i to co fikcyjne. Zaniósł
papiery do sauny, wrzucił je do pieca i podpalił brzozową korą. Zaczęło
się dymić, ogień nie chciał chwycić, cała sauna wypełniła się gryzącym
dymem. Po chwili chlustnął wodą na nieszczęsne papiery i wyciągnął
je. Najlepiej będzie zakopać to wszystko. A teraz, jak najszybciej,
musi porozmawiać z Marią. W jej sposobie bycia, w jej charakterze
było jednak coś pokrewnego jemu samemu, jakiś rodzaj zakłopotania.
To trzeba lepiej sformułować. Później, poszedł na kamienne pole. Ciężka
paczka wilgotnego papieru wleciała prosto w dół. Leżała tam. Zaczął
wrzucać kamienie, wpadały tocząc się i obijając jedne o drugie, pachniało
trochę fosforem albo raczej petardami, takimi jakimi bawią się mali
chłopcy. Jonasz zrzucił marynarkę i z zaciśniętymi zębami nosił i
toczył kamienie, Igrek już nie istniał i nie miał najmniejszego znaczenia.
Ja nie ciebie unicestwiam. Przyjemnie jest toczyć kamienie. Okazuje
się, że jestem silniejszy, niż myślałem. Pewnego razu wszedłem na
skałę, a tam, tuż przy krawędzi, leżał ogromny prehistoryczny głaz;
oparłem o niego dłonie i poczułem, że się poruszył, odrobinę. Nie
odważyłem się. Ale wróciłem w to miejsce znacznie później i byłem
zadowolony albo byłem zły, nie pamiętam, i wtedy nagle...
- Tato, co robisz? - spytała Maria. Szła właśnie do studni po wodę.
- Mario - powiedział - jesteś piękna jak obraz, zupełnie jak w Biblii,
kobieta przy studni i tak dalej, i tak dalej... Daje grzesznikowi
napić się czystej, źródlanej wody. Nie, nie odchodź, powiem ci tajemnicę:
twój ojciec toczy kamienie. Zaczekaj, chcę porozmawiać z tobą o znaczeniu
słów. Czy zastanawiałaś się, co znaczy "na początku było Słowo"?
Postaw wiadra. Czy zastanawiałaś się nad tym, jak straszliwie ważne
i trudne jest znalezienie takich słów, które by wyjaśniały do końca
i sprawiedliwie? Rozumiesz, o co mi chodzi?
- Tak - rzekła Maria - wydaje mi się, że rozumiem.
Jonasz powiedział:
- Próbowałem napisać do ciebie list.
- Naprawdę?
- Ale dużo nie napisałem. - Tylko "Najdroższa Mario."
- Tato - powiedziała - jeżeli ten list jeszcze jest, chętnie bym go
miała. Nie musi być dłuższy. Podała mu wiadra, a on napełnił je przy
studni. W domku wszystko było przygotowane do jutrzejszego wyjazdu:
każda rzecz na swoim miejscu, zdjęte zasłony, wyszorowana kuchnia;
pokój wydawał się bardzo pusty.
- Dobrze - powiedziała Karin kładąc czyste ręczniki na wiadrach
z wodą. - Ci, co tu będą po nas, mają tylko tydzień urlopu i przyjadą
wieczornym autobusem. Na pewno nie będą wiedzieli, gdzie jest studnia.
Czy tata ma wszystko? Niczego nie zapomniał?
- Mam wszystko - odparł Jonasz. - I niczego nie zapomnę.
|

|
Podróż z małym bagażem
- zbiór opowiadań. Wydawnictwo Waza (1994).
Wybór i przekład: Teresa Chłapowska. Opowiadania wybrane z wydań szwedzkich:
"Lyssnerskan" (1971), "Resa med latt bagage" (1989), "Rent spel" (1989).
[przytaczam za Zuzanką]
...Zawiera ona 12 opowiadań, bardzo różnych - o samotności,
o przesycie byciem pomiędzy ludźmi, o nauce tolerancji, o przyjaźni.
Nie sposób ich streścić (jedno na przykład zawiera kilkanaście listów,
jakie wysyłała do niej 13-letnia Japonka)...
(...) Potem siedzieli jeszcze aż do zamknięcia cieplarni,
burza z wolna minęła i dozorca uspokoił się. Wuj opowiedział o łące
i bardzo mu się to opowiadanie udało. Josephson był lepszym słuchaczem,
niż można było przypuszczać. Lecz gdy Wuj pokazał mu model mostu,
rzucił na niego okiem i rzekł:
- Tak, tak, rozumiem. Idea łąki. Przypatrywać się, podziwiać, przeżywać,
i tak dalej. I most - zrobić most, który do nikąd nie prowadzi?
- To nie ma znaczenia - odparł Wuj ze złością. - Most jest mostem,
po prostu mostem. Znowu próbujesz znaleźć jakiś sens w rzeczy całkiem
oczywistej. Nieważne, gdzie on się zaczyna i dokąd prowadzi, idzie
się po rum i już!
Dozorca przyszedł zapytać, czy Wuj nie powinien wrócić do domu, zanim
się przeziębi.
- My przecież rozmawiamy - odparł Wuj. - Josephson, czy doszedłeś
do jakiejś konkluzji? Znalazłeś coś ważnego w tych książkach?
- Coś niecoś - odpowiedział Josephson z uśmiechem. - To wymaga czasu,
ale ja wiedziałem przecież od początku, że tak jest. Nie sądzę, byśmy
się mogli wzajemnie przekonać. Czy to jednak potrzebne?
- Nie - odrzekł Wuj. - Chodzi tylko o to, żeby ten drugi wiedział
i rozumiał.
- Owszem, jest taka możliwość - powiedział Josephson. - Podobała mi
się historia z łąką.
- Tak, chyba rzeczywiście opisałem ją dość barwnie.
Wstali równocześnie, wyszli przez rozbite drzwi cieplarni i wymieniwszy
krótki ukłon, ruszyli każdy swoją drogą do domu.
|
|
|
Lato
- Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia" 1980.
Tłumaczenie: Zygmunt Łanowski. Tytuł oryginału szwedzkiego: Sommarboken.
First published by Albert Bonniers Förlag AB, Stockholm. Copyright
by Tove Jansson 1972. Copyright for the Polish edition by I.W. Nasza
Ksiegarnia, Warszawa 1980.
Powieść, której każdy rozdział jest nową historią. Opowiada o małej
Sophii i jej oryginalnej babce, które żyją razem (inne osoby oczywiście
też) na niedużej wyspie u skalistych wybrzeży Finlandii (w książce
te wysepki nazywa się szkierami). Narracja, sposób pisania, fabuła
- to wszystko przypomina książki o Muminkach. Jest tu ten sam humor,
ta sama melancholia. W perfekcyjny i niepowtarzalny sposób przedstawiono
świat, częściowo widziany oczami małej dziewczynki, częściowo całkiem
dorosły, ale zawsze pełen tajemnic, ciekawych miejsc, pełen radości,
zabawy, wyrozumiałości i tolerancji. Bardzo dobra książka.
(...) - Halo, wy tam! - zawołał dyrektor. Stanął na czworakach
i zajrzał pod świerki. - Ten pies nie gryzie! Nazywam się Malander,
a to jest mój syn Christoffer, którego wołamy Toffe.
Babka wylazła spod gałęzi i rzekła:
- To jest moja wnuczka Sophia. - Zachowywała się niezwykle godnie
i wyjmowała szpilki z włosów tak dyskretnie, jak to było możliwe.
Pies usiłował złapać zębami jej laskę. Dyrektor Malander wyjaśnił,
że suczka chce się tylko bawić i że wabi się Dalila.
- Chce, żeby jej rzucić laskę do aportowania, pani rozumie.
- Nie, doprawdy? - zdziwiła się babka.
Syn miał cienką szyję i długie włosy i strasznie się wysilał, żeby
okazywać wyższość. Sophia przyglądała mu się chłodno. Dyrektor bardzo
grzecznie podał babce ramię i poszli powoli z powrotem przez wrzosy,
przy czym on cały czas opowiadał, że domek jest zbudowany w prostym
stylu wyspiarskim, bo taki domek chciał mieć, że na łonie natury człowiek
staje się bardziej samym sobą i że są teraz sąsiadami, nieprawdaż,
to przecież wy mieszkacie tam dalej?
Sophia spojrzała na babkę, ale babka miała niezgłębioną minę, gdy
odpowiedziała, że mieszkają na szkierach od czterdziestu siedmiu lat.
Wywarło to wielkie wrażenie na Malanderze, głos jego nabrał nowego
tonu, zaczął coś mówić o morzu, do którego jest tak przywiązany, i
morze jest przecież zawsze morzem, skonfundował się i zamilkł. Syn
zaczął pogwizdywać i idąc kopał szyszkę aż do lasu. Leżała tam na
ławce kłódka z wykręconymi śrubami.
- Ha, ha! - odezwał się syn Malandera. - Złodzieje. Typowe.
Twarz dyrektora zasępiła się, zaczął majstrować przy kłódce i powiedział,
że kto by to pomyślał o ludności nadbrzeżnej, on zawsze tak podziwiał
mieszkańców szkierów...
- Byli pewnie tylko trochę ciekawi - wtrąciła babka pośpiesznie. -
Pan rozumie, ludzie robią się ciekawi, gdy się coś przed nimi zamyka,
nie są tu do tego przyzwyczajeni... Dużo lepiej jest trzymać dom otwarty,
z kluczem na gwoździu na przykład.
Weszli do domu, by napić się czegoś dla dobrosąsiedzkich stosunków.
- Proszę do domu ojcowskiego - powiedział Toffe Malander. -After you.
Wielki pokój wypełnił się słońcem, gdy jedną po drugiej zdjęto okiennice.
Ojciec Malander oświadczył, że jest to jego ulubione okno z widokiem,
i poprosił, żeby usiadły i odpoczęły, a on pójdzie po coś do picia.
Babka usiadła na jednym z trzcinowych foteli, a Sophia uczepiła się
oparcia fotela patrząc ponuro spod grzywki.
- Nie rób takiej wściekłej miny - szepnęła babka. - To jest życie
towarzyskie i trzeba to jakoś znieść.
Malander wrócił z flaszkami i szklankami i postawił je na stole.
- Koniak, Whisky - powiedział. - Ale wolicie z pewnością sok cytrynowy.
- Ja lubię koniak - oświadczyła babka. - Mały i bez wody proszę! Dziękuję.
Sophia? Czego ty się napijesz?
- Tego drugiego! - syknęła jej do ucha Sophia.
- Sophia woli sok - oznajmiła babka myśląc: Musimy nauczyć ją manier.
Popełniliśmy błąd, ona musi stykać się z ludźmi, których nie lubi,
zanim nie będzie za późno.
Stuknęli się szklankami i Malander zapytał:
- Czy ryby tutaj biorą o tej porze roku?
Babka odparła, że można je łowić tylko sieciami, dorsze, okonie i
czasem sieje, bo chodzą blisko brzegów. Dyrektor Malander oświadczył,
że on właściwie nie lubi łowić ryb, lubi natomiast to, co nietknięte
i prymitywne, a więc pustkowie i samotność w pełnym znaczeniu tego
słowa, a syn był tym zażenowany i wcisnął ręce do kieszeni wąskich
spodni, najgłębiej, jak mógł.
- Samotność - powiedziała babka - no tak, to luksus.
- To człowieka rozwija - rzekł Malander. - Nieprawdaż?
Babka odparła, że tak, ale można przecież być samotnym razem z innymi,
choć to jest trudniejsze.
- Tak, tak, naturalnie - przytaknął Malander uważnie i trochę niepewnie
i zamilkł na dłuższą chwilę.
- Cukru! - zaszeptała Sophia. - To jest kwaśne!
- Moja wnuczka prosi o troszkę cukru do swego drinka - powiedziała
babka. A do Sophii: - Nie wiś mi tak na karku przez cały czas, usiądź.
I nie sap mi do ucha.
Toffe Malander oświadczył, że pójdzie na cypel zarzucić wędkę, wziął
ze ściany spinning i wyszedł.
- On ma dopiero szesnaście lat - wyjaśnił Malander. Babka zapytała,
jak liczna jest jego rodzina, a on odpowiedział, że jest ich pięcioro,
no i przyjaciele, i pomoc domowa, i jeszcze ten i ów, nagle posmutniał
i zaproponował, by napić się jeszcze jednego.
- Dziękuję, już dość - odrzekła babka. - Myślę, że musimy już wracać
do domu. To bardzo dobry koniak. - Wychodząc przystanęła, by popatrzeć
na muszle w oknie, a Malander wyjaśnił, że zbierał je jako dziecko.
- I ja też zbieram muszle - odparła babka.
Pies stał i czekał przed domem, udawał, że chce gryźć jej laskę.
- Sophia - powiedziała babka - rzuć coś psu. - Sophia rzuciła patyk,
a pies przyniósł go natychmiast.
- Dobra Dalila! - pochwaliła Sophia, no bo jeśli już nic innego, to
powinna przynajmniej starać się pamiętać, jak się kto nazywa, to także
należy do dobrego wychowania.
Na brzegu, w miejscu gdzie przybijały łodzie, Malander powiedział,
że zbuduje tu z czasem mostek, a babka doradziła mu, żeby zamiast
tego zrobił pomost z wyciągiem na łodzie, bo mostki znosi lód.
Znowu się wtrącam w cudze sprawy, pomyślała. Zawsze upieram się przy
swoim, gdy jestem zmęczona. Naturalnie on spróbuje zrobić mostek,
wszyscy tak robią, my też tak zrobiliśmy.
Wiosła były nieodpowiednio osadzone w łodzi i zaplątywały się w cumie,
poruszały się niepewnie i chaotycznie. Malander szedł brzegiem aż
na cypel, a tam pomachał do nich chusteczką do nosa.
Kiedy już kawałek odpłynęły, Sophia powiedziała:
- Ho, ho, ha, ha!
- Co chcesz powiedzieć przez "ho, ho, ha, ha"? - zapytała
babka. - On chce, żeby go zostawiono w spokoju. Ale on o tym nie wie.
- Jak to?
- I zbuduje swój mostek i tak.
- Skąd wiesz?
- Drogie dziecko - powiedziała babka niecierpliwie - każdy człowiek
uczy się na własnych błędach. - Była bardzo zmęczona i chciała już
znaleźć się w domu, wizyta wywołała w niej uczucie nieokreślonego
smutku. Malander miał jakąś ideę i usiłował ją zrozumieć, ale to wymagało
czasu. Czasem człowiekowi staje się coś jasne, kiedy jest już za późno
i kiedy nie ma już siły zaczynać od początku albo też zapomina o wszystkim
po drodze i nawet o tym nie wie. Wiosłując powoli do domu babka patrzyła
na duży dom, który łamał linię horyzontu, i pomyślała, że przypomina
on znak nawigacyjny. Gdy się przymrużyło oczy i myślało o czymś innym,
mogła to niemal być stawa, rzeczowy znak, że tu zmienia się kurs.
Za każdym razem, gdy nadchodził sztorm, przypominały sobie Malandera
i wymyślały różne sposoby, by uratować jego łódź. Nigdy nie przybył
z rewizytą i dlatego dom jego stał się stale przykuwającym uwagę znakiem,
który pobudzał do zastanowienia i refleksji.
|
|
|
Córka rzeźbiarza
- zbiór opowiadań. Wydawnictwo słowo/obraz
terytoria (1999). Tłumaczenie: Teresa Chłapowska. Tytuł oryginału:
Bildhuggarens dotter. First published by Albert Bonniers Förlag
AB, Stockholm. Copyright by Tove Jansson 1968. Copyright for the Polish
translation by Teresa Chłapowska. Copyright for the Polish edition
by Wydawnictwo słowo/obraz terytoria. Wydanie książki wsparło Centrum
Informacyjne Literatury Fińskiej.
[cyt. z noty wydawniczej]
"Autobiograficzne opowiadania Tove Jansson, pisarki, której międzynarodową
sławę klasyka literatury dla dzieci przyniósł cykl książek o Muminkach.
Dzieciństwo utrwaliło się w pamięci autorki jako moment, kiedy - jak
pisze - "zachowana była równowaga pomiędzy emocją w rzeczach
codziennych, a bezpieczeństwem w fantastyce". "Jeśli pojawiały
się zagrożenia - wspomina - nie rządził nimi nieubłagany los i nigdy
nie brakowało pociechy i oczywistej sprawiedliwości". Książka
przypomina drogi, którymi biegną dziecięce myśli, gdy świat fantazji
współistnieje z rzeczywistością. Największa, niekwestionowana wartość
małej Tove to miłość i poczucie bezpieczeństwa, dlatego autorka powraca
do wspomnień z czasów, kiedy "nic nie musiało być beznadziejne,
nawet śmierć". To właśnie tam czytelnik odnajdzie żródła przesłania
zawartego w książkach o Muminkach i prawzory niektórych występujących
w nich postaci".
Tove Jansson
(...) Mama rysowała i rysowała, a po wyczyszczeniu gumką każdej
ilustracji pozwalała sobie na kąpiel w morzu. Ja stałam przy stole
na werandzie i czekałam, aż mama zacznie machać rysunkiem, żeby tusz
szybciej wysechł. Obie śmiałyśmy się, wspominając, jak to jest w mieście,
kiedy trzeba czasem rysować w nocy i aż się robi słabo ze zmęczenia.
Potem zbiegałyśmy na plażę i wskakiwałyśmy do morza. Jeżeli u Kallebisina
byli letnicy, musiałam mieć na sobie kąpielówki.
Tatuś był w swojej nowej pracowni i pracował. Szedł tam po łowieniu
ryb i porannej kawie. Tatuś uwielbia łowić ryby. Wstaje o czwartej,
bierze wędki i idzie do sadzu z uklejami.
W zatoce było tak gorąco, że ukleje dusiły się i każdego wieczoru
musieliśmy zaciągać sieci koło Sandskar. Rano na werandzie stała zawsze
paczka chrupkiego chleba dla tatusia. Napychał nim kieszenie i wypływał
przez cieśninę.
Kamienny ciężarek u sieci jest bardzo ważną rzeczą. Można godzinami
szukać i nie znaleźć odpowiedniego kamienia, podłużnego, z wyżłobieniem
pośrodku. Rano tatuś łowi sam. Nikt mu nie przeszkadza i nikt się
temu nie sprzeciwia. Jest wtedy cudowne światło, a skały wyglądają
równie pięknie jak na obrazach Cawana. Siedzi się i patrzy na pływak,
i wiadomo, gdzie ryba będzie brała i kiedy. Jedną płyciznę nazwano
na cześć tatusia Kamieniem Janssona" i tak się będzie nazywać
po wszystkie czasy. Potem wraca się powoli do domu, patrząc, czy z
komina idzie dym.
Nikt prócz tatusia nie lubi łowić ryb. Ale mama czasem trzyma podrywkę
i wiosłując, ciągnie wędę. Nie ma wyczucia co do właściwych miejsc,
z tym się jednak trzeba urodzić i ta cecha jest bardzo rzadka u kobiet.
Po porannej kawie tatuś szedł do swojej nowej pracowni. Każdego dnia
było równie gorąco i nigdy nie wiał wiatr.
Tatusia ogarniało coraz większe przygnębienie. Zaczął mówić o polityce.
Nikt już nie zbliżał się do szopy i nie kąpaliśmy się w pobliżu, tylko
w pierwszej zatoce.
Najgorsi byli goście Kallebisina. Gdy tylko zobaczyli idącego tatusia,
zbaczali z drogi, żeby go spotkać, zwracali się do niego, nazywając
go rzeźbiarzem, i pytali, czy ma natchnienie, czy nie. W życiu nie
słyszałam czegoś równie nietaktownego. Przemykali się ostentacyjnie
koło szopy, przytykali palec do ust, szeptali, kiwali do siebie głowami
i chichotali, a tatuś oczywiście widział to wszystko przez okno.
A już najgorsze było to, że podsuwali mu tematy. Podpowiadali, co
ma wyrzeżbić! Mama i ja wstydziłyśmy się okropnie za nich, ale cóż
mogłyśmy zrobić?
Tatuś stawał się coraz bardziej ponury, aż w końcu w ogóle przestał
rozmawiać. Któregoś ranka wcale nie pojechał łowić, tylko został w
łóżku i patrzył w sufit, zaciskając wargi.
Tymczasem robiło się coraz goręcej. (...)
|
|